Parę tygodni temu bez większego namysłu wzięłam do ręki książkę „101 zabaw filozoficznych. Doświadczanie codzienności”, której autorem jest Roger – Pol Droit.* Mam ją już od dobrych 13 lat, ale dopiero wtedy poświęciłam jej więcej uwagi. Książka otworzyła się sama na zabawie pt. „Tworzyć sobie życia” .

Przez kilka tygodni systematycznie produkuj życia. Nowemu fryzjerowi powiedz, że byłeś taksówkarzem w Detroit, po tym jak przez dłuższy czas rozwoziłeś pizzę w Nowym Yorku. Opisz dalekiej kuzynce swoje doświadczenia z pracy w szkole w Australii. Przed bratankami snuj wspomnienia z miejsc, których nie znasz, dotyczące profesji, które mógłbyś wykonywać(kto wie?), wielkich i małych przygód, polowań na rekina i zamglonych portów. (…) Po upływie kilku miesięcy zaprzyjaźnisz się ze swoimi życiami. Odpowiesz na wiele pytań, udzielisz sporo wyjaśnień. Opiszesz, opowiesz, powtórzysz, nawiążesz do punktów zwrotnych w swoich kolejnych biografiach. Przede wszystkim uformujesz ludzi przekonanych o prawdzie wszystkiego, co od ciebie usłyszeli. Będą przekazywać twoje opowieści innym, będą cię opisywać takim, jakim się przedstawiłeś. Będą wierzyć.

Rozbawiła mnie ta wizja niesłychanie, stałam z książką w ręku i śmiałam się w głos. Jednak przy kolejnym akapicie spoważniałam.

Powinieneś w tym ćwiczeniu dojść do punktu, w którym przestaniesz odróżniać swoją prawdę od swojej fikcji. Czy raczej – aczkolwiek w zasadzie wychodzi na to samo – do punktu, w którym bez wysiłku czy nagłego ataku szaleństwa uświadomisz sobie, że to, co przyzwyczaiłeś się uważać za swoje „prawdziwe życie”, jest jedną z wielu fikcji. Ni mniej, ni więcej.

Pomyślałam sobie, jakie to piękne. Resztę wieczora, nie zważając na obecność gości, wgłębiałam się w inne zabawy. 

Wchodzić do lodowatej wody nie dla zdrowia, tylko w ramach eksperymentu filozoficznego? Opowiadać przypadkowo napotkanym osobom niestworzone przygody, nie po to, by im na chwilę zaimponować, lecz by igrać z rzeczywistością, z premedytacją zgubić się w tym, co rzeczywiste, a co nie? Spędzić kilka tygodni obsesyjnie myśląc, jak zrobić niebieskie, apetyczne jedzenie, które byłoby w dodatku zdrowe(moje kryterium)? Dla mnie to brzmi jak niekończąca się przygoda, do której nie potrzebuję niczego prócz szczypty odwagi i poczucia humoru. Niekończąca się przygoda rozgrywająca się w zwykłej codzienności. Przygoda, która co rusz będzie mi przypominać, jak ciekawy jest ten świat i że niczyje życie, przeszłość ani przyszłość nie będą bardziej warte przeżywania niż to, co dzieje się tu i teraz. 

Po kilku zrealizowanych zabawach mogę dodać kolejny ich skutek. Mimo że moje wnioski z zabaw nie były ani razu jeszcze takie same jak autora, to wcale nie czuję, że są błędne albo że to on się myli. Nasze prawdy istnieją sobie obok siebie i nie przeszkadzają sobie nawzajem. W świecie pełnym ludzi opętanych na punkcie tego, by mieć rację, jest to wniosek bezcenny.

Zapraszam do czytania, a najlepiej do wspólnej zabawy! 

Okładka wydania francuskiego. Obraz „Powrót Ulissesa” pędzla surrealisty Giorgio de Chirico. Idealnie oddaje treść książki.

*książka ukazała się w 2004 roku w wydawnictwie Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne. Cytaty przepisane są bezpośrednio z tego wydania.