Nie planowałam robić tej zabawy tego dnia. Nie przyszło mi to po prostu do głowy, ale nawet gdybym to rozważała przed wyjściem z domu, szybko bym ten pomysł odrzuciła – dzień wcześniej byłam w centrum dość tłumnej demonstracji, po której czułam się jeszcze jak na kacu. Ale wchodząc na pocztę minęłam się z niepozorną panią, która zdecydowanym ruchem zerwała z twarzy maseczkę ochronną, ledwie przekroczyła próg wyjścia. (W Niemczech maseczki ochronne obowiązują tylko w urzędach, sklepach, tramwajach itp.) Po raz kolejny uderzyło mnie to, że obecnie każdy z nas demonstruje w ciszy. Na początku izolacji demonstracją był spacer. Część zamknęła się w domu. Niektórzy jednak wychodzili i sama ich obecność w parku była wymowna niczym transparenty. Spacerowicze, „uczestnicy demonstracji”, uśmiechali się do siebie porozumiewawczo, zamieniali parę słów, choć nigdy wcześniej nie mieli takiego zwyczaju. Teraz, kiedy wprowadzono nakaz noszenia maseczek, to one są takim transparentem. Czy nosisz je cały czas czy tylko wchodząc do sklepu? Czy ściągasz ją z irytacja, czy może nie zauważasz, że dalej ją masz na sobie? Czy ubierasz nonszalancko chustę na twarz czy nosisz bardziej specjalistyczną maskę, która dokładnie przylega? Niesłychanie ciekawe zjawisko.

Ja też zaczęłam protestować w ciszy. W myślach skandowałam: „Stop firmom – szarańczom! Stop firmom – szarańczom!”. Następnie „Stop spekulowaniu żywnością!”, następnie „Stop wspieraniu wojen!” W międzyczasie zdążyłam dojść do drogerii, wzięłam do ręki batonik z napisem „No palm oil” i moje myśli wykrzyknęły „Stop wypalaniu lasów tropikalnych!”, a następnie „Stop niszczenia przyrody dla durnych luksusów jak ciastka!”. Moje kroki zamieniły się w regularny marsz idący równo ze skandowanymi hasłami. Puszki w plecaku dołączyły się do tego rytmu. I nic nie mogłam z tym zrobić, nie dało się iść inaczej. 

I znów kolejne hasła.

„Stop ogłupianiu przez popkulturę!” „Stop promowaniu konsumpcjonizmu i idiotyzmu!”, „Stop dyktaturze pod pozorem demokracji” . I już dalej nie pamiętam, co wyszło z tej puszki pandory pełnej rzeczy, na które nie mam zgody. 

I jak zwykle miałam nieco inne wnioski niż monsieur Droit. Poczułam wewnętrzny żar, słuszność moich opinii i pewność, że wszyscy uważają tak samo. I że mogłabym demonstrować codziennie za czymś innym i przez cały rok nie zabrakłoby mi nowych tematów. Co w sumie, gdyby się zastanowić, jest wnioskiem druzgocząco smutnym, ale ja już się zdążyłam do tego przyzwyczaić, że świat jest pełen chujni i cierpień. (Paradoksalnie świadomość ta daje mi motywację, by cieszyć się życiem. Byłoby nieprzyzwoitym się dołować, kiedy mam co jeść, a ryzyko, że na mój dom spadnie bomba lub że będę torturowana jest bardzo niskie.)

Ale ogólnie zgadzam się z autorem – mijamy codziennie ludzi nie mając pojęcia, co w nich siedzi, co kryją, za czym stoją. Każdy z nas jest odrębnym wszechświatem, ogrodem, który uwarunkowały inne wydarzenia. To fascynujące, ile prawd może żyć obok siebie. Chciałabym pewnie, żeby wszyscy wyznawali moje prawdy, ale jak wyglądałaby teraz moja prawda, gdybym nie konfrontowała jej nigdy z prawdami innych? A jak wyglądałby świat, gdyby wszyscy wychodząc z domu, choćby po bułki lub na spacer z psem, ubierali transparenty głoszące, co im się nie podoba? Moglibyśmy wtedy przybić piątkę tym, z którymi się zgadzamy albo pokazać swój punkt widzenia tym, którzy myślą inaczej. Chyba zagalopowałam się już z tą refleksją. A może nie? Nie potrafimy na ogół krzyczeć, chyba że skandujemy z tłumem, a ten cichy i subtelny sposób jest w zasięgu naszych stref komfortu.

A wy, ewentualni czytelnicy, za czym lub przeciwko czemu byście demonstrowali? Co siedzi wam w głowach, kiedy chodzicie po ulicy i wyglądacie jakby nigdy nic? Podzielcie się, to bardzo ciekawe.

Obrazek wyróżniający – kultowe zdjęcie Marca Ribouda zrobione w 1967 r. podczas protestu przed Pentagonem przeciwko wojnie w Wietnamie. Historia zdjęcia tutaj.