Od lat absolutnie nic nie było w stanie przekonać mnie do biegania. Nie przemawiały do mnie żadne aspekty urodowe ani zdrowotne. Ludzie żałują różnych rzeczy,a ja żałowałam tych poranków i wieczorów za czasów studenckich spędzonych na jałowych próbach polubienia tego sportu. Ale bieganie jako zabawa filozoficzna? Poczułam chęć z miejsca wystartować. Tym bardziej, że cmentarz w moim mieście jest miejscem wyjątkowo pięknym. Najstarsze groby pochodzą z XVII w., a wśród nich jest grób pewnego znanego niemieckiego filozofa – samouka.

Także wstałam rano i pobiegłam. Najpierw musiałam minąć miasto, akurat o tej samej porze i tą samą drogą, którą zwykle chodziłam do pracy. Uderzyło mnie, że to miasto jawiło się jako cmentarz. Nagrobki pozamykanych sklepów, pojedynczy senni przechodnie. I ja z tą moją energią i szybkością zaburzałam ten rytm. Czułam, że przyciągam spojrzenia i że jestem jak ten Paszczak z „Zimy w Dolinie Muminków”, który chce budować obóz w śniegu, gdy reszta wolałaby wypoczywać w ciepłym salonie. 

Na cmentarzu nikt nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi. Najpierw było dziwnie, owszem i ciężko, bo pod górkę. Starałam się nie patrzeć na innych, żeby nie widzieć, jak do tego podchodzą. Ale później wbiegłam w część, którą porastają drzewa, wysokie na dobre 30 metrów. Poczułam jak ciepły jest ten wiosenny poranek. Słońce świeciło, ptaki dawały emocjonalny koncert, powietrze pachniało hiacyntami i jaśminowcem. Cmentarz tętnił życiem. Minęłam tablicę ogłoszeń. Informowała o niezrealizowanych przedstawieniach teatralnych, które miały odbyć się na cmentarzu. O tym, że skrzynka z książkami musi zostać zamknięta na czas pandemii i niektórzy będą zmuszeni przeczytać tę samą książkę po raz drugi. I ogólnie zapraszała na cmentarz, by podziwiać zwierzęta, rośliny i czuć się dobrze. Poczułam miłość do zarządu cmentarza, pracowników, Niemców. I, rzeczywiście, do zmarłych. Leżeli sobie między drzewami, wyobrażałam sobie, że krzyczą „Koniec tej udręki życia doczesnego!” I że nie mają absolutnie nic przeciwko mojemu bieganiu. Był piękny beztroski poranek, wydawało się, że przede mną długi wakacyjny dzień. A cmentarz był, paradoksalnie, istną afirmacją życia.

Wnioski moje nie są jakieś nadzwyczajnie odkrywcze. Że cmentarz pełen nieboszczyków może mieć w sobie znacznie więcej życia niż miasto z żywymi ludźmi. Ok, można by powiedzieć, że moje miasto od dawno miało opinię martwego i że teraz podczas kwarantanny to i Nowy Jork jest martwy. Ale ja odczułam tam inne życie, nie jako przeciwieństwo śmierci, tylko jako energię witalną.  Natura ma jej wciąż mnóstwo, niezależnie od tego, co tam sobie robią ci, co się na tej planecie za najważniejszych uważają. I rozdaje tę energię na prawo i lewo, tylko trzeba ją dostrzec i przyjąć. Ja ją przyjęłam i miałam wręcz wznosząco piękny poranek, a bieganie zaczęło dobrze mi się kojarzyć.

Teraz wasza kolej, moi ewentualni czytelnicy. Macie w swojej miejscowości duży cmentarz? Idźcie tam sobie pobiegać i powiedzcie, do jakich wy doszliście wniosków. Ciekawa jestem waszych odczuć, bo zdaję sobie sprawę, że „mój” cmentarz to ewenement.