Kolejna zabawa przyszła do mnie sama, nie planowałam jej. Była wypadkową przemyśleń i małych zwrotów akcji minionego weekendu.

Zabawa polega na tym, by przeanalizować miniony dzień na dwa sposoby. Pierwszy sposób to spojrzeć na siebie jak na świętego, dostrzec „krańcową wspaniałomyślność swoich najdrobniejszych gestów.” Niech wszystko, każdy czyn, słowo i myśl świadczą o tym, jacy jesteśmy wspaniali, życzliwi, szlachetni. Następnie znów przywołać swój dzień, ale iść w zupełnie przeciwnym kierunku. Znaleźć w czynach i myślach z poprzedniego dnia „oczywiste oznaki perwersyjności, umiejętności szkodzenia innym, umiłowania destrukcji, immanentnej złośliwości.” Celem tej zabawy jest przekonanie nas, że pytanie, czy jesteśmy dobrzy czy źli jest zupełnie pozbawione sensu. Efekt ma być relatywizujący, a relatywizm świata jest podstawą mojego światopoglądu. Kiedy czytam lub słyszę wypowiedzi w jego duchu, moje serce bije mocniej, a gdyby dać mi mikrofon do ręki i pozwolić przez jedynie 10 minut powiedzieć coś do całej ludzkości, pewnie przekonywałabym wszystkich do tego, że wokół jest pełno prawd, które się wzajemnie wykluczają, ale każda ma prawo bytu.  

Zmieniłam lekko zasady gry – do analizy wzięłam dzień przedwczorajszy, nie mniej banalny niż wczorajszy z powodów, które są zbyt mętne, by chciało mi się je tutaj wyraźnie nakreślać. Lub może zbyt poufne, by się nimi tutaj dzielić, nawet jeśli prawdopodobnie jedyną wierną czytelniczką tej strony, jestem ja sama. 

Także obudziłam się grubo po 10, znacznie później niż zwykle. Jakie to wspaniałe, że pozwoliłam samej sobie się rozpieścić i wyspać się błogo. Następnie zrobiłam poranną jogę, jaka jestem zdyscyplinowana, jak dbam o swoje ciało i zdrowie! Do śniadania ubrałam moją najpiękniejszą sukienkę, tak szykowną, że nie mam odpowiednich butów, by wyjść w niej z domu. Wyglądałam bez wątpienia czarująco, poprawiłam nastrój sobie i Kornelowi. Później, z polecenia mojej mamy, byłam przekazać coś pewnej starszej kobiecie. Jaką jestem dobrą córką, że poświęciłam na to swoje sobotnie popołudnie! Na miejscu rozmawiałam z kobietą przez ponad godzinę na jej pięknym balkonie. Mogę tylko sobie wyobrazić, jak rozświetliłam tej samotnej kobiecie dzień swoją obecnością, istna iskierka ze mnie, promień słońca! (Obrzydliwie się czyta takie peany na swoją cześć, co?) Wracając natknęłam się na demonstrację. Ludzie stali pod sądem w centrum mojego miasta i czytali przemowy o tym, że wystarczy najmniejszy kryzys, żeby państwo gwałciło nasze prawa, że przestrzega się nas przed drugą i trzecią falą koronawirusa, a tymczasem w okolicznych szpitalach czeka się na pierwszą, o tym, że lekarze przestrzegają, że latem nastąpi fala niepotrzebnych śmierci na choroby, które nie miały szansę być zdiagnozowane na czas przez ustawienie priorytetu innej chorobie, o tym, że odsuwa się od głosu dziennikarzy i specjalistów o innym zdaniu niż ma państwo, a maska na twarzy stała się wyznacznikiem dobrego człowieka i akuratnego obywatela. Stałam i klaskałam, byłam tam, tworzyłam tłum, a tworząc tłum wspieram takie inicjatywy, daję ludziom do myślenia, nie siedzę biernie i nie czekam, aż problem naprawi się sam z siebie. Co za odwaga, co za solidarność, po prostu aktywnie zmieniam świat, na ile mogę. Gdy dobiegłam na skrzydłach entuzjazmu do domu, poszliśmy na spacer. Było pięknie, drzewa nagle wybuchły liśćmi, na każdym kroku spotykałam obłędnie wonne kwiaty, luksusowe perfumy prosto od natury. I ja nie ignorowałam tego, zauważałam je, doceniałam. Nawet wpadł mi w oko pierwszy zakwitnięty baldach bzu czarnego. Ale jestem bystra, ale ukorzeniona, ale mam konekta z naturą, ale jestem głęboka, że nie myślę o nowych butach, tylko koncentruję swoje myśli na pięknie przyrody. Gdy wróciłam do domu, zrobiłam chipsy czarnuszkowe z ciasta drożdżowego. Były gotowe dopiero o północy, ale jaką trzeba być pełną pasji, dyscypliny i wprawy kucharką, by chciało się jeszcze robić takie wypieki na noc. A jakie szczęście mieć kogoś takiego jak ja w domu! 

Uff… Brzmi to znacznie bardziej jak autoironia niż docenianie siebie. 

A teraz wróćmy znów na sam początek owej soboty. Wstałam grubo po 10, przecież to strasznie późno, zaprzepaszczam najbardziej inspirującą część dnia, jaką jest poranek! Obiecałam sobie chodzić wcześnie spać, bo to mi służy najlepiej, ale dzień wcześniej wróciliśmy dopiero o północy do domu, a na klatce spotkaliśmy sąsiada, który jeszcze wpadł na dwa piwa i nawijał jak najęty o pracy, psującym się związku, kiepskiej komunikacji miejskiej w jego rodzinnym mieście i superszybkim aucie jego kumpla. Później zrobiłam poranną jogę, co za farsa, 10 minut, robię to od tak dawna, a dalej się garbię i boli mnie kark, powinnam plecy porządnie wzmacniać, pompki robić, a nie tarzać się na macie z youtuberkami.  Na śniadanie odwaliłam się jak szczur na otwarcie kanału, a potem, zamiast pisać, rysować lub chociaż ogarnąć chatę, poszłam zanieść coś znajomej mamy, no bo nie wypadało mi odmówić mamie. Żałosne, z takim podejściem, brakiem wyznaczania granic, nigdy nie zrealizuję tego, co bym chciała. Weszłam do środka, bo jestem strasznie wścibska i lubię oglądać mieszkania w kamienicach w moim mieście. Na koniec zgodziłam się, że jak będę w Polsce, to kupię tej kobiecie doładowanie do telefonu, chociaż nienawidzę dostawać dodatkowych cudzych małych zadanek, kiedy ze swoimi ledwo dochodzę do ładu. Chociaż może powinnam tutaj negatywnie ocenić moją początkową odmowę – wszakże co za problem poszukać miejsca, gdzie sprzedają doładowania i kupić je samotnej kobiecie, która pragnie kontaktu z Polską? Naprawdę w tych czasach ludzie robią się totalnie obojętni i najmniejszej rzeczy dla bliźniego nie zrobią. 

Gdy już w końcu wyszłam, trafiłam na demonstrację. Co za głupota, zaraza szaleje, a tu ludzie stoją obok siebie, zero odstępu, zero masek, boże, że niby państwo ogranicza prawa, no wszystkiego się przepierdolą, czasem trzeba dla ogólnego bezpieczeństwa, co mają powiedzieć o ograniczaniu praw obywatele Korei Północnej? Syrii? Iranu? I ja w tym tłumie, pseudobuntowniczka, której widocznie własna wygoda jest najcenniejsza i której chyba nikt z rodziny jej nie zachorował. Swoją drogą, na drugi dzień okazało się, że mogę jeszcze negatywniej ocenić mój udział w demonstracji, bo była ona bardzo, bardzo popierana przez szefa lokalnego zgrupowania Afd, nadkomisarza policji mojego miasta, byłego kandydata na burmistrza. Tak popierana, że nie jest wręcz jasne, czy on ją zorganizował czy nie. AfD to dość młoda partia polityczna, skrajnie prawicowa, choć uważa się sama za partię środka, której głównym postulatem jest niechęć wobec uchodźców. W całych Niemczech raczej traktowaną z pogardą, w moim rejonie ciesząca się ogromnym poparciem, największym w całym kraju. Ja również nie należę do grona jej zwolenników, w końcu sama jestem obcokrajowcem, a szef Afd miał rasistowskie zapędy jeszcze przed uchodźcami, gdy w mieście jedyną mniejszością byli Polacy. W dodatku zarabiam na życie pracując z uchodźcami i mam do nich na ogół czuły stosunek. Propaganda AfD jest nużąco durna, a najbardziej podpadli mi tekstem na ich instagramie, że problem, że brakuje ziem uprawnych i wypala się pod nie lasy itd., nie jest winą przemysłu mięsnego, tylko nieopanowanego rozmnażania się Afrykanów. I że nie zrezygnują ze swojego szyncla ani wursta, tylko tamci powinni przestać kopulować bez opamiętania. Także zamiast tworzyć np.sztukę albo chociaż porządny obiad, brałam udział w demonstracji, którą może i organizowało AfD. Stałam i klaskałam w jednym tłumie z szefem Afd, co za wstyd, oby nikt mi zdjęcia nie zrobił. Jak trzeba być czujnym, żeby nie sprzeniewierzyć się swoim poglądom, a ja po prostu bezrefleksyjnie dołączyłam do jakiejś demonstracji, czując jeszcze, że dobrze się dzieje. Idiotka. (Ta demonstracja jest swoją drogą bardzo mocno relatywna. Mogę uznać, że dobrze, że łączymy się w jednej sprawie ponad wszelkimi podziałami politycznymi, a z drugiej nigdy nie uwierzę żadnej partii, że nie wykorzystuje danej sytuacji dla swoich celów. Z drugiej strony podczas demonstracji dziewczyna w chuście wręczyła mi gazetę redagowaną przez osoby o nazwiskach brzmiących bardzo arabsko. Oznacza to, że albo że AfD jednak widzi w uchodźcach coś więcej niż terrorystów rujnujących gospodarkę Niemiec, albo że to jednak nie oni organizują te demonstracje. Zawiły temat, opuszczam go.)

Wróciłam do domu. Po pełnym węglowodanów obiedzie wyszliśmy na spacer. Nie umiałam się na nim do końca skupić, uziemić, w pełni poczuć piękna przyrody, tylko wędrowałam myślami na takie temat, że gdybym je pamiętała, mogłabym się poznęcać nad sobą samą jeszcze dobre parę godzin. Był piękny zachód słońca, wąchałam wonny bez, świat był pełen spektakularnych cudów, a ja bardziej myślałam o tym, co bym zżarła, jak dojdę do domu. Gdy wróciłam, rzuciłam się, by przygotować krakersy z czarnuszką. Zamiast odpocząć, poczytać książkę, jak zwykle znowu szastałam energią, by zadowolić mojego schweinehunda, nażreć się, zaspokoić swoje chore uzależnienie od żarcia.

Główne wnioski, które płyną dla mnie z tej zabawy to, że tak naprawdę wszystko można pochwalić lub skrytykować, w zależności od naszej złej lub dobrej woli. Nie raz w życiu zostałam skrytykowaną za coś, za co nie przyszło mi do głowy, że można byłoby się przyczepić, za coś, co bym zrobiła, nawet gdybym starała się być idealnie akuratna. Mam w rodzinie osobę, która swego czasu specjalizowała się w tej sztuce w odniesieniu do mnie. A jeśli chcemy wybielić czyjeś czyny, wymyślimy mu bez problemu jakieś usprawiedliwienie.

Bardziej zastanawia mnie jednak tendencja gloryfikowania lub poniżania w odniesieniu do siebie samych. Mam poczucie, że świat jest pełen ludzi, którzy uważają się albo za świętych, albo za katów. Nic po środku. Albo wciąż obracają w głowie słowa i wydarzenia, wstydząc się za siebie i potępiając, albo nie chcą przyznać się, że zdarza im się nie mieć racji lub kiepsko się zachować. Na najmniejszą krytykę reagują dużo gwałtowniej niż to warte, bo ktoś narusza ich fasadę człowieka, który nigdy się nie myli lub nie popełnia błędów. Mogę się założyć o paczkę chrupków, że żaden z moich ewentualnych świętych czytelników nie poczuł, by powyższy opis świętego mógł go dotyczyć. Odpuście. Jednym z największych odkryć mojego życia było to, że nikogo nie obchodzi to, czy jestem zawsze idealna i akuratna czy nie. Nikt tego nie analizuje, po prostu albo cię lubią, albo nie.

No a co z relatywnością postaci kata i świętych samych w sobie? Wszyscy wiemy, że święci wcale nie są tacy święci. A kat? Czy można go jakoś usprawiedliwić? Bo tak się składa, że ja znam minimum jednego kata, takiego prawdziwego. Nie jest wielkim bydlakiem ze szramą na policzku, lecz uśmiechniętym i sympatycznym facetem, moim uczniem. Pochodzi z Iranu, a tam w ramach obowiązkowej służby wojskowej pracował w więzieniu. Do jego obowiązków należało m.in.skopywanie stołków pod więźniami skazanymi na karę śmierci przez powieszenie. A chyba nie jesteśmy tak naiwni, by uważać, że w Iranie na karę śmierci skazuje się tylko skrajnie niebezpiecznych przestępców lub zwyrodniałych pedofilów? 

No i jak z tym katem? Potępimy go, zrozumiemy sytuacje bez wyjścia, pochwalimy, że służył ojczyźnie?

Mam nadzieję, że czyta się wam to choć w połowie tak dobrze, jak mi pisze. Zapraszam do zabawy i dzielenia się swoimi dniami, przemyśleniami!